Dziś czas na coś z zupełnie innej lufy. Znalazłem dziś swoje stare opowiadania z początku wieku, do których nie zaglądałem od wielu lat. Śmieszne, tak przeczytać siebie sprzed dekady. Wrzucam przykładowe opowiadanie, którym kiedyś wjechałem kolegom na sumienie. Akurat to, bo powiązane z tematyką erpegową. Smacznego.

Czas płynie. Nie możemy go schwycić, ujarzmić, posiąść na własność. Bezsilność, ogarniająca cię wtedy, ukazuje ci dawno stracone szczęście.

Czasami.

Nie wszystkim.

Ale gdy spojrzysz wstecz, na swoją przeszłość, po której nie zostało już nic, oprócz paru strzępów wspomnień i kilku wyblakłych zdjęć, poczujesz ją. Poczujesz czas. Jeśli jesteś silny, przeżyjesz to, popijając jedno piwo więcej w knajpie, do której lubiłeś kiedyś przychodzić. Wspominając. Rozpamiętując. Rzeczy, które kiedyś były ważne. Ludzie, których kochałeś. Pasje. Ambicje. Cele. Może potem przejdziesz się po kilku dawno nie odwiedzanych miejscach, odkrywając po jakimś czasie, że jesteś już pijany, a wszystko nie ma sensu. W tym stanie prawdopodobnie udasz się do domu, aby złożyć głowę na poduszce i powspominać jeszcze. Wkrótce zmorzy cię sen, a rano nie będziesz już nic pamiętał.

Tak jest.

Tak powinno być.

Czasami jednak jest inaczej.

 ***

Do O. przyjechałem pociągiem o 22.45, jak zwykle z godzinnym opóźnieniem. Poszedłem do domu na piechotę, nie było sensu brać taksówki, to zaledwie piętnaście minut spacerem. Poza tym lubię O. Wszyscy znajomi zawsze pytają: „Po co tu wracasz stary, co cię tu trzyma? Bywasz w świecie, mieszkasz w wielkim mieście, co ci każe tu wracać?” Zwykle uśmiecham się zagadkowo, zbywając pytanie milczeniem, bo wiem, że i tak nie zrozumieliby odpowiedzi. Tak, jest tu coś co każe mi wracać. To nie rodzice, pies czy kumple. To wspomnienia.

Otworzyłem drzwi do domu cicho, specjalnym sposobem, aby nie zbudzić psa. Suka była dosyć drażliwa i jazgotała na cały dom, budząc wszystkich, gdy za mocno hałasowałem. Stary, dobry psiak. Kiedy tu mieszkałem, wiele lat temu, zawsze czekała na mnie pod drzwiami, aż wrócę z imprezy albo sesji. Udało się. Do łóżka wskoczyłem pięć minut później. Zasnąłem natychmiast.

***

– Dzień dobry, mówi Krzysiek. Czy zastałem Marka?

– Nie, wyjechał tydzień temu na Bliski Wschód. Czy jak wróci, coś mu przekazać?

– A kiedy wróci?

– Za pół roku. Ma tam praktyki dyplomatyczne.

– Rozumiem. Nie trzeba nic przekazywać. Dziękuję pani bardzo.

Słuchawka opadła na widełki. Za chwilę znowu ją miałem w dłoni. Wykręcałem numer.

– Dzień dobry, mówi Krzysiek. Czy zastałem Roberta?

– A, dzień dobry panu! To pan nie wie? Mój syn tydzień temu ożenił się! Są teraz z Iwonką w podróży poślubnej na Krecie!

– Nie wiedziałem. Długo nie było mnie w kraju. Wie pan, te wykopaliska…

– A właśnie, właśnie, panie Krzysiu, jak tam w Sudanie? Odkryliście coś?

– Tak. Kufle do piwa. – zawiesiłem głos, trochę już podenerwowany tym wszystkim. Ojciec Roberta zaśmiał się uprzejmie, zapewne też widział tę reklamę. Szybko odzyskałem panowanie nad sobą. – Jak wróci Robert, proszę mu przekazać ode mnie najserdeczniejsze życzenia, oraz przeprosić w moim imieniu, że nie byłem na ślubie.

– Oczywiście, przekażę. Czy coś jeszcze? – Chyba już wyczuł, że coś jest nie tak.

– Nie, dziękuję. To wszystko. Do widzenia. – Powiedziałem to prawie oschle.

– Do widzenia panu.

Rzuciłem słuchawkę na widełki. Byłem zły. Na Yogę, który wyjeżdża gdzieś do Arabów. Na Zimnego i tę całą Iwonę, że się pobrali. Na ojca Zimnego, że próbował być miły. Najbardziej zaś byłem zły na siebie.

To ja wymyśliłem kiedyś, że co roku, tego samego dnia, o tej samej porze, będziemy się spotykać w tym samym miejscu, choćby nie wiem co. Wspaniała Czwórka. Najlepsi Gracze. Gówno. Nawet Bolka nie było, ale ten to miał poważny powód, złamał nogę na nartach w Alpach, na jakimś zjeździe architektów. Złamanie było brzydkie, nie chciało się zrosnąć i musiał leżeć na wyciągu.

A ja jak głupi skracam terminy, wyciskam wszystkie soki z moich robotników, kopię pobieżnie i byle jak, po to tylko żeby się dowiedzieć, że moi koledzy nie mają czasu? Gówno.

***

Szedłem samotnie uliczkami O. Mijałem kamienice, kościoły, place. Miałem już mocno w czubie. Złość na kolegów powoli mijała, zastąpiona najpierw przez gorycz zawodu, później zaś przez smutek rozczarowania. Zapadł wieczór. Wałęsałem się bez celu, po doskonale mi znanych uliczkach, wspominając. Nie patrzyłem gdzie idę. Nie musiałem. Nogi same prowadziły mnie w znane miejsca. Tu na tych schodach kłóciłem się z Yogą o jakąś zasadę, która według mnie była zbyt skomplikowana i najzupełniej zbędna. Tam, w parku spiliśmy się kiedyś z Bolkiem i Zimnym, udając, że jesteśmy w Brokilonie. Pamiętam, jak wystraszyliśmy dwie „driady”, nie wiadomo skąd spacerujące i obgadujące ostatnią dyskotekę. O, a tamten pomnik posłużył mi kiedyś za inspirację do świetnego scenariusza w Szarych Górach. Chodząc tak, robiło mi się coraz bardziej smutno. Postanowiłem zajrzeć do „Jima”. „Jim” był nocnym sklepem alkoholowym, nocną Mekką dla takich jak ja. Kiedy graliśmy u mnie, zawsze po sesji wpadaliśmy do „Jima”, aby uzupełnić płyny i nikotynę w organizmach. Kupiłem flaszkę „Jasia Wędrowniczka”. Po namyśle wziąłem jeszcze paczkę papierosów. Rzucając ciche „ do widzenia” młodej ekspedientce, wyszedłem w noc.

***

Obudziło mnie zdecydowane szturchnięcie w ramię. Czułem pod plecami mokre deski ławki. Było zimno. „Policja”. Ta myśl kołatała się w mojej głowie, gdy otwierałem oczy. Rozejrzałem się. Wciąż była noc. Nie było widać żadnych policjantów. Przetarłem twarz, siadając na ławce. Brzęknęła potrącona butelka po „Jasiu Wędrowniczku”.

– Wstałeś wreszcie!

Głos dobiegał z lewej strony. Obróciłem głowę, czując wszystkie mięśnie zdrętwiałego karku. Obok na ławce, gdzie przed chwilą leżała moja głowa, siedział mężczyzna. Ubrany był w beżowy prochowiec, pod spodem widać było smoking. Na ziemi, pomiędzy eleganckimi lakierkami, spoczywał futerał od saksofonu. Mężczyzna palił cygaro. Jego sylwetka wydała mi się dziwnie znajoma. Mój wzrok powoli przebijał się przez poświatę parkowych latarń, otaczającą jego postać, starając się rozpoznać rysy twarzy nieznajomego. Miał krótkie, białe włosy, kanciastą, aryjską szczękę i nosił lustrzane okulary, „lenonki”. Twarz była obrócona do mnie profilem.

– Max? Maxymilian Bennet? – wydusiłem z siebie, poznając wreszcie tego jegomościa. „Ale to niemożliwe”, pomyślałem, coraz bardziej przerażony. Poczułem dziwne skurcze w brzuchu. A więc to jest delirium…

Mężczyzna obrócił głowę. Tak jak się spodziewałem, lewe oko i połowa twarzy były zastąpione przez wszczepioną pod skórę stal i szkło. Oczodół jarzył się na czerwono spod okularów. Zdębiałem.

– Brawo, stary! Miło, że mnie pamiętasz, nawet po takiej dawce. – Znacząco wskazał cygarem butelkę pod ławką. – W końcu, jakby nie patrzeć, to już tyle lat, kiedy ostatni raz pracowaliśmy razem.

– Ale… ty nie żyjesz! – wychrypiałem czując, jak moje nogi miękną. – Ciebie nie ma!

– Myślałeś, że zwykły zawał serca może mnie wykończyć? Choć muszę przyznać, że gdyby Harry z tym pedałkiem nie zjawiła się na czas, to chłopcy z Arasaki załatwiliby mnie wtedy.

– Nie o to chodzi! Ty nie istniejesz! Jesteś wytworem mojej wyobraźni! Wiem doskonale, co się z tobą działo, do ostatniej sesji, ale to była tylko gra!

– TYLKO gra? Co się z tobą stało, choomba? Nie widzimy się parę lat, a ty mi nagle mówisz, że nie istnieję. Że niby co? Że jestem, jak to mówisz, „tylko grą”? O nie, stary! Jestem tak samo żywy jak ty, a w tym momencie, to nawet bardziej.

– To znaczy, że ja nie żyję? A może mam delirium? Siedzę na ławce w parku i gadam z wymyśloną przez siebie postacią. To niezdrowe i z lekka dziwne. Tak sądzę.

– To wcale nie jest dziwne. Nie martw się, żyjesz. Delirium też nie masz. To tylko alkohol. To właśnie miałem na myśli, mówiąc, że jestem bardziej żywy niż ty.

– Więc jak to jest możliwe, że siedzę tu sobie, żywy i zdrowy, może lekko wstawiony, na tej ławce i rozmawiam z tobą, wytworem mojej wyobraźni? Możesz to wytłumaczyć?

– No, nie wiem, stary. Jestem tylko muzykiem, wiesz przecież.

– Jasne, tylko muzykiem. A najlepszą spluwą w Night City to niby jestem ja, nie?

– Utrafiłeś w sedno, choomba. No dobra, spróbuję. Słyszałeś o teorii światów równoległych, które rozgałęziają się w nieskończoność, jak jakieś pieprzone drzewo genealogiczne? Ta teoria jest obecnie, to znaczy w naszym 2023 roku, bardzo popularna wśród uczonych.

– Słyszałem. U nas też nad tym myślą, ale na razie bezskutecznie.

– Pamiętasz Amena, mojego mechanika? Też go wymyśliłeś.

– Pamiętam. Taki murzyn. Cybernetyk, mechanik, fixer, filozof i artysta w jednym.

– Dokładnie. No więc, stary Amen mówi, że jeśli przyjmiemy, że istnieje nieskończona ilość światów równoległych, to każda rzecz, jaką wymyślimy, musi gdzieś zaistnieć. Tak więc może istnieć świat, w którym historia potoczyła się tak, że powstało Night City i Wolna Kalifornia, każdy dupek na ulicy jest posprzęgany jak jakiś pieprzony Eniac, światem rządzi Arasaka i Orbital Air… i tak dalej. Może być to także świat, w którym ja się urodziłem. Rozumiesz już?

– Chyba. Ale jeśli tak, to skąd się tu wziąłeś? A czas? Mamy 2005 rok, a ty, jeśli przyjąć, że teoria Amena jest słuszna, masz teraz 16 lat i chodzisz do college’u w Londynie.

– Na to już nie potrafię ci odpowiedzieć. Po prostu się spotkaliśmy, jak kiedyś. Ty przechodziłeś do naszego świata, więc może i ja mogę przejść do twojego? To by było sprawiedliwe, nie?

– Może. Nieważne. Zostawmy to. Ale po co chciałeś mnie spotkać?

– Nie tylko ja. Wielu innych również.

– Wielu innych? Kto na przykład?

– Gargan, na przykład. Michael Angel, Mason, Leary. Po prostu inni. Ci, których wymyśliłeś. Gargan strasznie się rozkleił, gdy odszedłeś. Wiesz, to stary pryk, ale w środku niedojrzały emocjonalnie jak dzieciak. Krótko mówiąc, zaczął pić. Założę się, że oddałby swoją cyberrękę, aby znowu cię zobaczyć.

– Zawsze lubiłem tego gościa. Ktoś jeszcze?

– Tak. Ci z innych światów.

– Z jakich innych?!

– A bo to ja wiem? Co ja, do cholery, wróżka jestem? Z innych światów i tyle. Takich dziwnych. Różnych. Jacyś dwaj wysocy goście z naszywkami NOVA na mundurach, chyba wojskowi. Jeden brodaty kurdupel z siekierą, ogromnie spasły rycerz, jakiś assasin podobny do Amena. Wielu równie dziwnych cudaków. Aha, i jakichś dwóch gości, co wyglądali jak chłopcy z Arasaki. Długie czarne płaszcze, bladzi, wychudzeni. Kojarzysz? To dobrze. Wszyscy oni przyszli prosić, bym się z tobą spotkał i ci pomógł.

– W czym, Max? I dlaczego akurat ty?

– Znamy się najlepiej, więc wybrano mnie. To pierwszy powód.

– Ale do czego? W czym mi chcecie pomóc? Jest więcej powodów?

– Papierosa?

– Tak, chętnie. O, „Militech Marlboro”! Nigdy tego nie paliłem. Masz ognia? Dzięki. No więc słucham.

– Twoi kumple cię zostawili. Zapomnieli o tobie. Mają ważniejsze sprawy. Nie gracie już razem. Nic nie jest takie jak kiedyś. Masz doła. Nie wiesz co robić. Czy coś pominąłem?

– Nie. Dużo o mnie wiesz.

– Bywałeś mną. Myślę jak ty. Proste, stary.

– OK. I wy znacie rozwiązanie tych problemów, tak?

– Dokładnie. Masz przyjaciół. Nas. Jesteśmy na każde twoje zawołanie. Ale widzisz, my też się boimy. Dlatego chcemy ci pomóc. Bo jeśli ty przestaniesz grać, zginiemy. Na zawsze uwięźniemy w niedokończonych scenariuszach, powoli blaknąc, dopóki ktoś nie zniszczy naszych kart. Będziesz nas zapominał, dzień po dniu, a razem z twoją pamięcią, będzie znikała wyobraźnia. Ten dar, stary, nie każdemu jest dany. Większość ludzi traci ją na rzecz pracy, pieniędzy, rodziny. Ale nie ty, choomba. Ty pogodziłeś wyobraźnię ze swoją pracą, kobietą, życiem. Ale nawet tobie, choć wolniej, codziennie trochę ubywa. Nie pozwól na to. Pisz książki, bywaj na konwentach, ale przede wszystkim graj. Musisz. Ratuj siebie i nas. W końcu dużo nam zawdzięczasz.

– Niby co?

– A choćby pracę. To przez RPG chciałeś zostać archeologiem. Dalej, dziewczynę. Bez nas byś jej nie poderwał. Następne, śmiałość. To ty zwykłeś mawiać: „Co by zrobiła moja postać na moim miejscu?”, i robiłeś rzeczy, jakich wielu ludzi nie odważyłoby się zrobić. I sięgałeś do zasobów mojej wiedzy, czy innych, w zależności od problemu, jaki miałeś do rozwiązania… I rozwiązywałeś go, do cholery! Stary, musisz zrozumieć, że nie jesteś tylko sobą. Jesteś nami wszystkimi. To tak jak w tym cylindrze braci Lumiere…

– Kinematografie.

– Właśnie. Wielki cylinder, a w środku różne obrazki. Przesuwasz dźwignię, i w okienku do patrzenia pojawia się jeden, przesuwasz znowu, pojawia się inny. Kapujesz?

– Nie?

– Trzeźwiej szybciej. Nie mamy za dużo czasu. My jesteśmy jak te obrazki w kinematografie. Normalnie, przez okienko widać ciebie. Ale kiedy przesuniesz dźwignię, pojawiam się ja. Przesuniesz jeszcze raz, pojawia się Gargan. I wszyscy inni. Tworzymy ciebie w ten sam sposób, w jaki ty stworzyłeś nas. Teraz pojmujesz? Ty zginiesz bez nas, my zginiemy bez ciebie.

– To znaczy, że jeśli przestanę grać, stracę resztę wyobraźni oraz was? Czuję się jak jakiś polifrenik, gadający z jednym ze swoich alter ego.

– I tak dokładnie jest, stary. Szybko dochodzisz do formy. Tylko, że ty jesteś, nie wiadomo czemu, odporny na chorobę, o której mówisz. Kontrolujesz swoje osobowości, czyli nas, zamykasz w sobie, wypuszczasz tylko wtedy, gdy jesteśmy potrzebni. I stworzyłeś nas w taki sposób, abyśmy byli rozsądni i nie buntowali się przeciwko temu. Jesteś dominującym umysłem w tym ciele, i niech tak pozostanie. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, co by było, gdyby twoim ciałem zawładnął ktoś z nas. Walczyłbyś. I wtedy poszlibyśmy wszyscy do pana doktora w cichym, dobrym domku. Wyciąłby nas z twojego mózgu, i cześć pieśni. Dlatego siedzimy spokojnie i nie podskakujemy. Poza tym, lubimy cię. Dajesz nam głębię.

– Rozumiem. Nie dajecie mi wyboru, tak? Jeśli przestanę grać, zawładniecie mną?

– Gówno rozumiesz, stary. Ja cię do niczego nie zmuszam. Jesteśmy tym silniejsi, im częściej nami się stajesz. Im częściej grasz. Obecnie jesteśmy już… bardzo słabi. Nie jesteśmy w stanie, jak to się wyraziłeś, zawładnąć tobą. Zapewne nigdy nie byliśmy. Tylko ja mam jeszcze dosyć siły, by się do ciebie przebić. No może jeszcze ten assasin, co wygląda jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Ale wszyscy woleli, abym to ja poszedł. I jestem. Pomógł mi w tym zresztą szczęśliwy zbieg okoliczności. I to jest drugi powód, dlaczego to właśnie ja rozmawiam z tobą.

– Zbieg okoliczności?

– Jakkolwiek zabrzmi to śmiesznie, urodziłem się na tej ławce. Pamiętasz?

No tak, pewnie że pamiętałem. To była nasza pierwsza sesja „Cyberpunka 2020”, nie zrobiłem wtedy postaci na czas, i musiałem coś szybko wykombinować. Wtedy narodził się Bennet. Płaski i nie przemyślany. Taka jednorazówka. A jednak przetrwał. Po kilku opornych sesjach, gdy zastanawiałem się już, czy go nie wyrzucić, nagle coś zaskoczyło. Max zaczął się zmieniać. I rozwinął się w jedną z najpełniejszych osobowości, jakie kiedykolwiek stworzyłem. Kiwnąłem głową. Mówił dalej.

– No właśnie. Było mi łatwiej pojawić się tutaj, niż gdziekolwiek indziej. Może zresztą ty sam mnie wywołałeś. W każdym razie, nieważne jak, stało się, jak się stało. Ważne jest to, że tu jestem i przekazałem ci naszą ofertę pomocy. A także prośbę o pomoc. Tak więc chcę teraz zapytać: Pomożesz sobie i nam?

– Sam nie wiem. Bez chłopaków to będzie trudne. Z innymi nie czuć tego, no… bluesa.

– Namów chłopaków. Założę się, że ich postacie czują to samo. Zoel, Gardan, Rudolf. Arvin. Pamiętasz Arvina? Krążą o nim legendy. Pewnie teraz blaknie gdzieś w kącie.

– Nie martw się, o tobie też krążą legendy. Twoja gęba jest nawet w Internecie, w doborowym towarzystwie. Arvin zresztą też. Ma syna. Nazywamy go z Bolkiem „czarny grubas”. Yoga nazywa go Moonsun. Grywał nim ostatnio.

– Arvin: Next Generation. Ciekawe. Serio jestem w … jak ty to nazwałeś? Internet?

– Prymitywna wersja waszej Sieci.

– Jestem w waszym świecie konstruktem wirtualnym?! Żywy w Sieci?!

– Nie. Przynajmniej na razie. Ale może kiedyś… Postaram się o to. Obiecuję.

– Naprawdę? To by było coś. To znaczy że pomożesz nam?

– Spróbuję. Niczego nie obiecuję. Daj jeszcze tego „Militecha”.

– Masz. Weź całą paczkę.

– Dzięki.

Siedzieliśmy w milczeniu, patrząc na wschód słońca. Paliłem „Militecha” i przypominałem sobie inne wschody słońca. Kiedy wracałem zmęczony, ale szczęśliwy z sesji, rozpamiętując sukcesy i porażki, jakie odniosłem w czasie przygody. „Nie ja” poprawiłem się szybko. „Moje postacie”. Ja im tylko pomagałem.

Teraz też myślałem o naszych przygodach.

O tym jak z Maxem ostrzeliwaliśmy się w ciasnej klatce schodowej, a cały odział szturmowy Arasaki otaczał budynek. Max miał wtedy zawał serca. Wszystko przez te dopalacze. Nic nie mogłem zrobić, nie mogłem go uratować. Na szczęście pojawiła się Harlow Valentine, i uratowała nas.

O tym, jak z Sashirem uratowaliśmy miłość Haioshiego, zabijając jej niekochanego narzeczonego, a potem ratując ją przed śmiercią w Belleteyn, w Dol Blathana. To zabójstwo narzeczonego przeszło potem do historii, i jeszcze długo opowiadało się o tej akcji w knajpach.

O tym, jak baron Leonard z Ravensbergu pokochał elfkę Mavenę, a ich miłość przekreśliła wielka pacyfikacja Lasu Loren, którą dowodziliśmy z Leonardem. Musiał wtedy pokonać i zabić swego serdecznego przyjaciela i towarzysza broni, Lavella. Zginęła wówczas również Mavena. Ciężko to przeżyliśmy.

Myślałem jeszcze długo, o innych przygodach, z innymi dziećmi mojej wyobraźni, o wspólnych uniesieniach i smutkach. O moim drugim życiu w odległych krainach. Zatęskniłem za nimi, jak nigdy przedtem. Zrozumiałem, że to się nie może skończyć. Obróciłem się.

– Max… ?

Byłem sam. Daleko, ścieżką szedł sprzątacz, wymiatając spod ławek papiery, butelki, niedopałki i zużyte prezerwatywy. Patrzyłem, jak je wrzuca do worków, mamrocząc pod nosem przekleństwa. Spojrzał na mnie z wyrzutem. Wstałem. Byłem trzeźwy. W domu byłem godzinę później.

***

Coś mokrego, ciepłego i włochatego uparło się, aby polizać mnie w twarz. Otworzyłem zaspane oczy. „Nieźle zachlałem wczoraj”, pomyślałem, przypominając sobie wczorajszy spacer, zakończony drzemką na ławce w parku. Pamiętałem także jakiś dziwny sen, ale raczej jako wrażenie, a nie konkretną treść.

– Riva, złaź!

Pies posłuchał, odskoczył, zakręcił zadem i kikutem ogona, dając wyraźnie do zrozumienia, że liczy na spacer. Nie chciało mi się, szczerze mówiąc. Ogonek wpadł w istny amok. Psiak zapiszczał.

-Dobrze, już dobrze, piesku. Przynieś smycz! – powiedziałem, gramoląc się z łóżka. Pies pobiegł do przedpokoju. Ubrałem się szybko, porywając z krzesła mokrą jeszcze kurtkę, w której spałem w parku. Wybiegliśmy na trawnik przed domem. Riva poleciała jak zwykle w krzaki. „Wstydliwa baba”, uśmiechnąłem się do siebie. „Co to był za sen? Chyba znowu coś o grach fabularnych. To się naprawdę staje moją obsesją. Jeszcze trochę i nawet Maria mnie zostawi. Podobno zaczynam gadać przez sen, jak jakiś świr. Ale co tam. To tylko głupie sny.” Myślałem o tym tak intensywnie, że nawet nie zauważyłem, że pies już wrócił, i czeka kiedy pójdziemy do domu. Mądry psiak. Wiedział doskonale, że na kacu nie lubię łazić bez potrzeby. Już chciałem ruszyć w stronę domu, gdy przypomniałem sobie, że nie dopełniłem rytuału porannego spaceru. Papieros! Przeszukałem instynktownie kieszenie, nie licząc za bardzo na efekt. Ostatniego papierosa wypaliłem w połowie flaszki, a później nie miałem już siły iść po następną paczkę. Tym bardziej się zdumiałem, gdy wyciągnąłem z kieszeni pudełko papierosów.

Nogi ugięły się pode mną, paczka wysunęła się z palców. Założę się, że zbladłem jak płótno.

Riva powoli i z zaciekawieniem obwąchała paczkę „Militech Marlboro”, ulubionych papierosów dziecka mojej wyobraźni.

 

Poznań, 7 czerwca 02’

tymczasowa ilustracja z http://amassa17.onmason.com/2012/09/02/historys-transition-from-pen-and-paper-to-the-web-page/