Często w światach fantasy (także w RPG) spotykamy się z fantastycznymi jednostkami bojowymi, walczącymi w szeregach obok zwykłych, znanych z historii formacji, takich jak pikinierzy, ciężkozbrojni jeźdźcy czy lancknechci. Ostatnio pojawiły się także filmy, które pokazują bitwy z użyciem takich jednostek (jak choćby „Władca Pierścieni: Powrót Króla” i „Kroniki Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa”). Czy jednak, gdyby takie istoty rzeczywiście istniały w przeszłości, czy historia i przebieg bitew wyglądałyby tak samo? Czy wystarczy dołożyć do tradycyjnej walnej bitwy, jak na przykład ta pod Grunwaldem, kilka smoków i gryfów, nie zmieniając całej strategii bitwy?

Czy rzeczywiście fantastyczne uzbrojenie używane na polu bitwy ma jakikolwiek sens?

Postaramy się przeanalizować te jednostki pod względem możliwości uderzeniowych, możliwych zastosowań taktycznych i ewentualnie wykazać, jak zmieniłyby one pole bitwy świata fantastycznego. Posługiwac sie tu bedziemy kanonem, przedstawionym chocby w „Rękopisie znalezionym w Smoczej Jaskini” Andrzeja Sapkowskiego, czy bestiariuszach popularnych systemów RPG, jak D&D i Warhammer.

Należy dodać, że nie będziemy się w tym artykule zajmować magią bojową, choć również stanowi ona niezwykle istotny element fantastycznego pola walki. Wymagałoby to bowiem osobnego artykułu (który być może kiedyś powstanie), bo opisanie wszystkich możliwych zastosowań magii na polu bitwy to materiał na sporą księgę, przy której „Sztuka wojny” Sun-Tzu to niewielka broszura. Po drugie, można zauważyć tendencję, zwłaszcza w kinie,do nieużywania magii na polach bitew. I „Władca Pierścieni”, i „Narnia” radziły sobie bez tego, choć już na przykład „Willow” pokazał, co moze zrobić jeden mag z całą armią. Może zresztą dlatego magowie nie mają zbytniego poparcia wśród twórców widowiskowego fantasy. Kto by chciał mieć za każdym razem setki uzbrojonych statystów zamienionych w świnie? Albo zdmuchniętych „magiczną eksplozją”? Jak to mówił krasnolud Yarpen Zigrin, „trza sie lać konfesjonalnie, bez uroków”.

Inną sprawą jest coś, co nazywam projektowaniem nowoczesnej myśli militarnej na średniowieczne warunki pola bitwy.  Zadaniem tego artykułu nie jest pokazac, jak można by rozgrywac dzisiejsze kampanie wojenne przy pomocy fantastycznych ulepszen militarnych, a jedynie dopasowac jakoś te wszystkie stwory zaludniające karty książek i wyobraźnię graczy do „klasycznej”, średniowiecznej doktryny bojowej. Gdyby naprawdę popuścic wodze wyobraźni, można by stworzyc pegazy-sztukasy i elfich komandosów, czy hobbickich snajperów, usunęłoby to jednak w cień dumne rycerstwo i nieskończone masy pikinierów i tarczowników, tak tłumnie zaludniające światy fantasy. Łatwo wpaśc w taką pułapkę patrząc z naszego, dzisiejszego punktu widzenia. A jednak należy pamiętac, że np w średniowieczu nie było na tyle skutecznych broni dalekosiężnych, aby próbowac ataków snajperskich na głowy państw czy generałów. Załatwiało się to przebraniem i sztyletem, ewentualnie trucizną.

Pamiętając o powyższym, spójrzmy więc na przegląd powszechnie dostępnych w fantasy jednostek bojowych. Na początek weźmy się za jednostki mało kontrowersyjne, niezmieniające się zbytnio w światach fantasy w porównaniu z naszym średniowieczem. Będą to jednostki wyposażone podobnie do ich odpowiedników z naszej historii, choć zwykle trochę lepsze, bo wzbogacone o fantastyczne cechy, często nawet i magiczne.

 

Krasnoludzka piechota

Zwykle przedstawiana jako formacje brodatych pieszych wojowników uzbrojonych w topory dwuręczne, opancerzonych w kolczugi i hełmy z nosalem. Rzadziej przedstawia się ich z jednoręcznymi toporami i okrągłymi tarczami na modłę wikińską. Walczą zwykle w szeregach, ich ulubionym wrogiem są zaś gobliny, z którymi toczą boje o podziemne królestwa. Co wskazuje, że walczą również (a może przede wszystkim) pod ziemią, w tunelach.

Drugim etatowym wrogiem krasnoluda zwykle są elfy. Z tymi znów trzeba potykać się na powierzchni, często w lesie.Takie są założenia większości standardowych światów fantasy i spróbujemy się z nimi zmierzyć.

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy u klasycznego krasnoluda, to topór dwuręczny. Długie stylisko, ogromne ostrze. Co ma sens, biorąc pod uwagę niewielki wzrost krasnoluda i zasięg jego ramion w porównaniu z takim na przykład elfem. Krasnolud jest zwykle krzepki i może wywijać taką bronią długo i bez zmęczenia, co jest bardzo przydatne w drużynie awanturników. Ale czy ma sens na polu bitwy? Wiadomo z historii, że istniały jednostki wyspecjalizowane w używaniu długich i nieporęcznych broni, takie jak lancknechci ze swoimi mieczami dwuręcznymi. Ich zadaniem było jednak przeciwstawianie się konnicy, tudzież obalanie lasu pik przeciwnika, a nie walka w zwarciu. Wówczas taka broń staje się kompletnie nieporęczna i często była nawet odrzucana na rzecz bardziej praktycznych dag i sztyletów. Krótkie topory dwuręczne krasnoludów, często przedstawiane na ilustracjach podręczników RPG, miałyby więcej sensu w walce w zwarciu, choć z drugiej strony nie znam żadnej jednostki historycznej stosującej takie uzbrojenie. Sztylet lub krótki miecz jest dużo poręczniejszy, bo nie trzeba nim machać, na co w zwarciu może nie być miejsca.Innym przykładem broni jest halabarda. To skrzyżowanie topora na długim trzonku i bosaka pozwalało na walkę w szyku i zadawanie ciosów od góry w walce z przeciwnikiem pieszym. Zagrażało także konnemu, nawet ciężkozbrojnemu, bo mogło go ściągnąc z siodła.A więc krasnoludy walczące w szyku miałyby dużo lepsze szanse, gdyby używały halabard lub narzędzi halabardopodobnych , zwłaszcza biorąc bod uwagę niski wzrost żołnierzy. „Katowski” topór dwuręczny zaś pozostawiłbym awanturnikom, ewentualnie luźnym grupom na polu bitwy, niż zdyscyplinowanym formacjom krasnoludzkim.Tarczownicy krasnoludzcy to zupełnie inna sprawa. Takie jednostki istniały w naszym świecie i chyba najsłynniejszymi ich przedstawicielami są rzymscy legioniści. Słynne „testudo”, czyli „żółw”, formacja ochronna, w której tarcze kompletnie zasłaniają całą jednostkę, także od góry, jest pokazywana chyba w każdym filmie o Rzymie. I doskonale pasuje do skoszarowanego i zdyscyplinowanego trybu życia krasnoludów. Walka w formacjach na planie czworoboku była wielkim sukcesem militarnym Rzymu, a  taki styl walki – zdyscyplinowany i wciąż doprowadzany do perfekcji – krasnoludy doskonale by przyjęły w walkach na powierzchni. Do tego topór (albo lepiej krótki miecz, którym również można pchać pomiędzy tarczami) i mamy legionistę-krasnoluda, jak najbardziej sensownego z punktu widzenia militarnego. Dodać tu należy, że taki krasnolud, krzepki i o niskim środku ciężkości, byłby znacznie trudniejszy do obalenia i mógłby walczyć dłużej niż ludzki legionista.W podziemiach zaś dobrze sprawiałyby się pawęże i włócznie/lance, którymi można by było pchać przez szczeliny w murze pawężników. Biorąc pod uwagę siłę krasnoludów, mały oddział pawężników mógłby utrzymywać cała hordę goblinów w miejscu w wąskich tunelach.

 

Elfi łucznicy (praktycznie w każdym fantasy)

Mówiąc w skócie, jest to ulepszona wersja angielskich łuczników. Zwykle mamy ich dwa rodzaje – łuczników leśnych, przypominających swoimi metodami wesołą kompanię Robin Hooda lub polską partyzantkę, oraz łuczników bojowych, będących ulepszoną wersją słynnego walijskiego łucznictwa.

Oczywiście elf umie strzelać z łuku od urodzenia, to wie każde dziecko gracza RPG, tak więc będziemy tu mieli armię snajperów potrafiących zestrzelić cały klucz gęsi w jednej salwie. Z jakiegoś bliżej niesprecyzowanego powodu szczególnie dobrymi łucznikami są zawsze elfi leśni partyzanci. Może to dziwić, biorąc pod uwagę, że tereny leśne raczej nie nadają się do jakiegoś wyczynowego strzelania z łuku. Nawet mała gałązka, krzak czy listek na trasie przelotu strzały może skrzywić jej lot. Oczywiście, poluje się w lesie z łukiem na ptactwo, zwierzynę płową itd. Ale nie potrzeba do tego ogromnego łuku, który wali o gałęzie naokoło i ma nie wiadomo jaki naciąg. Raczej mały, krótki i stosunkowo słaby łuk myśliwski byłby bardziej na miejscu, bo zasięg w zadrzewionym terenie jest zwykle dużo krótszy niż linia widoczności, która też nie jest szczególnie duża. Bo drzewa zasłaniają, zwłaszcza w takim prawdziwym lesie (nie sadzonkowym, jak większość w Polsce). Tak więc możliwi są „elfi snajperzy”, jak najbardziej, ale raczej krótkodystansowi.

Ważne jest, by zrozumieć, że cały czas mówię o masowych jednostkach, nie zaś o pojedynczych egzemplarzach elfa, i ich ewentualnej wartości bojowej. Wiadomo, że nie ma sensu wysyłać na otwarte pole „partyzantki”, tak samo jak nie ma sensu używać zwartej formacji w gęstym lesie.Łucznicy „polni”, zwykle reprezentowani przez tzw. elfy wysokie, to zupełnie inna sprawa. Myślę, że biorąc pod uwagę całą elfią perfekcję, możemy istotnie uznać, że prawie każdy z szeregowych żołnierzy Króla Olch będzie artystą w swoim fachu uzbrojonym w towar z najwyższej półki. Można więc przyjąć, że będą szyli ze swoich łuków szybciej, dalej i mocniej niż człowiek. Co oczywiście nie kończy ich opcji. Jeśli posiadają jakieś podkręcone łuki, mogą również strzelać celniej, bo po mniejszej paraboli, dziesiątkując pierwsze szeregi przeciwnika, zamiast razić go od góry, zwykle gdzieś pośrodku jednostki. Jest to możliwe również dzięki samej sile przebijającej strzały z takiego łuku, która poradzi sobie z tarczą (zwykle niesioną z przodu w pierwszym szeregu) czy z pancerzem. Rażenie pierwszego szeregu ma ten ciekawy efekt, że spowalnia całą jednostkę podczas podejścia, zmuszając ją do tratowania lub obchodzenia rannych i umierających, rozluźniając także zwarte szyki. Co znowu daje łucznikom więcej czasu na wystrzelenie kolejnych salw potęgujących efekt. Do tego celu zresztą ludzie, zazdroszcząc elfom, wymyślili kusze, które właśnie w ten sposób działają. Mozna by się pokusic o zapytanie, dlaczego w takim razie nie strzelają do dowódców i chorążych? Zwłaszcza gdy ci ostatni (głupio, ale heroicznie) zwykle stoją w pierwszych szeregach, prowadząc żołdaków do boju. Wrowadziłoby to przecież ogromny zamęt w szeregach wroga, niszcząc morale i siejąc zamęt komunikacyjny.

Ale należy też powiedziec sobie jasno, że dowódcy aż do Wielkiej Wojny prowadzili swoich żołnierzy z okopów na lufy/bełty przeciwnika, i jakoś było ich wystarczająco dużo, by jeszcze zasiedlali salony elit i pojedynkowali się o kobiety i honor. Znaczy to, że z jakichś powodów taki ostrzał jakoś nie tyka oficerów. Może w dawnych czasach oficerem był człowiek, który dobrze kombinował jak zostac w pierwszym szeregu i nie zginąc, a może po prostu wymieniano ich często. Wracając do kusz,  mają one ten feler, ze nie są szybkostrzelne. Tak więc elfi kontyngent łuczniczy będzie we wczesnych stadiach bitwy, gdy przeciwnik jest daleko, działać jak klasyczni łucznicy, a im bliżej wróg się znajduje, tym bardziej zmieniają się funkcyjnie w kuszników. Dodam tu, że w wielu armiach znanych ze światów fantasy prawie każdy elf ma ze sobą łuk, kiedy idzie na bitwę, nawet jeśli jego podstawową bronią jest pika czy miecz dwuręczny. Co oczywiście zwiększa moc rażenia takiej armii.

 

Halflińscy procarze (Tolkien, Sapkowski, Warhammer)

To kolejna jednostka często występująca w fantasy. Funkcja halflingów podyktowana jest prostą logiką: są za słabi, żeby walczyć z człowiekiem czy krasnoludem, o orkach już nie wspominając, więc ich jedyną opcją jest walka dystansowa. Ze względu na mały wzrost łuk o jakimś poważnym naciągu i zasięgu odpada, zostają więc proce. Istotnym czynnikiem będzie jednak liczba procarzy i ich przeciwnicy. Wiadomo, że nie ma co zamierzać się kamieniem na konnego, można najwyżej zdenerwować jego konia, jeśli nie ma pancernego kropierza, natomiast gołodupcom (i gołogłowcom) taki kamień spuszczony z niebios może wyrządzić trochę szkód, zwłaszcza gdy lata go w powietrzu dużo. A do tego potrzeba dużo halflingów, by miało to sens. Zwykle zaś jest ich mało, gdyż jest to rasa niewielka liczebnie. Świetnie natomiast nadadzą się na specjalistyczne jednostki zwiadu bliskiego zasięgu przez ich zdolność wtapiania się w otoczenie (o czym informują dogłębnie pierwsze strony „Hobbita”). Pewnie robiliby też za dobrych snajperów–kuszników, ale tutaj już projektujemy nowoczesne pole bitwy na średniowieczną myśl militarną.

O kuchniach polowych prowadzonych przez hobbitów nie ma co wspominać – to mit, karzełki by wszystko wyżarły podczas gotowania i zostałyby zlinczowane przez głodne żołdactwo. To oczywiście żart – z pewnością morale jest lepsze w armii gdzie się dobrze gotuje. Nie ma to jednak za wiele wspólnego z niniejszym artykułem, podobnie jak markietanki i reszta taborów ciągnących za armią.

 

Mumakile/olifanty (Tolkien)

Pierwsze skojarzenie, jakie się nasuwa,  to Hannibal i jego słonie. Oczywiście nie tylko Hannibal stosował słonie, używano ich do walki także w Grecji aleksandryjskiej, Indiach (gdzie stanowiły przez wieki jeden z czterech trzonów doktryny wojennej) i Egipcie, nawet Rzymianie podobno je stosowali, choć raczej lokalnie w prowincjach ptolemejskich i bez istotniejszych sukcesów. To słonie powstrzymały Aleksandra Wielkiego w jego marszu na Wschód. Faktem jest, że słoń robił potężne wrażenie i był niezwykle trudny do powalenia przy użyciu ówczesnych narzędzi mordu dostępnych przeciętnemu żołdakowi, jednakże w świecie fantasy znajdzie się wielu przeciwników dla słonia czy nawet mumakila. (Różnica jest oczywiście taka, że prawdziwe słonie wyglądają jak zabawki przy mumakilu). Jednak nawet zwykłe słonie siały popłoch wśród przeciwnika jeszcze przed walką, więc bitwy często kończyły się, zanim się zaczęły.

Inna sprawa, że w świecie fantasy nie muszą to wcale być słonie. Wielkie pancerne gady czy inne ustrojstwa tego typu nadadzą się równie dobrze.

Mają one jednak ogromne wady, które zwykle przeważają nad zaletami, czyli skutecznością bojową. Przede wszystkim spójrzmy na Hannibala właśnie i jego przeprawę przez Alpy podczas Drugiej Wojny Punickiej. Zdaje się (źródła się tu różnią), że zabrał ze swoją armią około 30 słoni, z czego tylko jeden przeżył zimowe przejście przez góry. Nie przeszkodziło to Hannibalowi zwyciężać przez jakiś czas w północnej Italii, ale mogło być lepiej. Słonie pożerają codziennie masę jedzenia, które trzeba im dostarczać, i są wrażliwe na klimat. Są ciężkie, a więc potrzebują równego terenu, aby móc wygodnie podróżować, co nie zawsze jest możliwe (Europę w czasach Rzymu pokrywały w ogromnej części lasy i bagna), łatwo więc przewidzieć trasę armii wyposażonej w takie bydlęta, co jest nieocenioną pomocą przy planowaniu . Jedzą ogromne ilości masy zielonej, co znowu oznacza dodatkowe problemy z zaopatrzeniem w ubogim terenie, jak stepy czy pustynie, albo zimą, a jeśli się weźmie pod uwagę, że armie składały się czasem ze stu tysięcy ludzi maszerujących w jednym czasie, powstaje poważny problem logistyczny. Wrażliwe na klimat, a więc mało przydatne z dala od swych rodzinnych stron. Oczywiście fantastyczne potwory nie muszą mieć takich ograniczeń pogodowych, ale żreć muszą (uwaga zwłaszcza na mięsożerne potwory – proteiny są niezwykle cenne dla kwatermistrzów!) i maja masę.Inna sprawa to trening słonia. Żeby były bardziej efektywne, judziło się je przed walką, co często wyglądało tak, jakby torreador siedział na grzbiecie bestii. Jest kilka udokumentowanych przypadków, gdy rozwścieczone słonie stratowały własną armię zamiast przeciwnika. Jeśli dodamy możliwość mięsożernych słoniopodobnych megadrapieżców, z pewnością chcielibyśmy trochę je pogłodzić przed walką, aby były bardziej złe. Kwatermistrzowie odetchną może, ale czy zwykłe mięso (sic!) armatnie walczące obok takiej bestii będzie się czuło bezpiecznie?

Oczywiście pomysłowi starożytni mieli swoje sposoby na słonie, jak już się otrząsnęli z pierwszego szoku. Legioniści Cezara używali potężnych toporów, którymi rąbali słoniom nogi, co okazało się na tyle skuteczne, że powstrzymywali szarże i w nagrodę przyjęli słonia jako symbol legionowy. Inną taktyką było wypuszczanie grup harcowników odciągających słonie oszczepami, które okrutnie je rozwścieczały, powodując skierowanie agresji przeciwko dręczycielom zamiast głównej linii wroga. Najciekawszą jednak taktyką przeciw słoniom było używanie świń! Pliniusz Starszy zapisał, że megaryjczycy pokrywali świnie oliwą i pędzili je na słonie, po czym podpalali. Kwik biednych wieprzków był słoniom tak niemiły, że panikowały i uciekały. O dymie i smrodzie palonej wieprzowiny nie wspominając. Podobnym pomysłem było używanie przez Arabów wielbłądów z zapalonymi wiciami ostro dymiącego zielska, którego opary wprowadzały słonie w szał i panikę.

Skłonność do panikowania i histeryzowania w ogóle była kolejną wadą słoni.

Ciekawostką jest fakt, że słonie skończyły się militarnie na dobre dopiero w XV wieku, kiedy upowszechniła się wielkokalibrowa broń palna. Z oczywistych względów. Podobno ostatnie użycie słonia w charakterze militarnym, choć nie bojowym, miało miejsce podczas wojny w Zatoce Perskiej w roku 1987, gdzie rzekomo transportowały wielkokalibrowe działa i amunicję na pozycje strzeleckie w Kirkuk.

 

Centaurowie (Narnia i wiele światów fantasy)

To kolejne mityczne istoty, które łatwo będzie zaprząc do machiny wojennej bez zbytniego odbiegania od rzeczywistości. Istnieje teza, że wcześni mieszkańcy Europy, gdy po raz pierwszy spotkali się z konnymi Scytami, stworzyli legendy o ludziach-koniach, gdyż sami nie wpadli jeszcze na pomysł jazdy konnej. Pasowałoby to do popularnego opisu centaura jako istoty dzikiej i nieco szalonej, używającej łuku i często nadużywającej alkoholu.

Tak więc w tym duchu centaur może pełnić rolę kawalerzysty jak każdy normalny zestaw jeździec-wierzchowiec w średniowieczu. Raczej lekkozbrojny, może wyposażony w łuk (nie potrzebuje rąk do sterowania), tworzy nam taktyczny obraz Huna czy innego Tatara, flankującego, szybko przemieszczającego się łucznika. Narnia podsuwa nam również obraz ciężkozbrojnego centaura wyposażonego w dwuręczny miecz, co również ma sens, bo przecież ręce ma wolne i końska głowa nie przeszkadza w zadawaniu zamaszystych ciosów. Już o stawaniu dęba i kopaniu nie wspominając. Problemem będzie  dyscyplina, gdyż kanoniczne centaury, jak juz wspomniano wcześniej, mają skłonności do alkoholu i łatwo wpadają w szał. Choć łatwo sobie wyobrazić centaura berserkera –takiego to raczej trzeba by używać w luźnych szykach, nie w ciasnej formacji.

 

Jeźdźcy wargów/wilków (Tolkien, Warhammer, Kryształy… gdzie nie spluniesz)

Kolejna po centaurach grupa, dla której łatwo znaleźć odpowiedniki w historii wojskowości. Jeźdźcy owi zwykle wywodzą się z ras zielonoskórych, takich jak orkowie (na wargach) czy gobliny (na wilkach), przeważnie uzbrojonych w łuki i kolczugi, bułaty i tarcze – czyste tatarstwo! Ale z drugiej strony mamy nie takie proste do oceny wartości bojowej wierzchowce – to drapieżne psowate, często przerośnięte.

Jak to ugryźć, za przeproszeniem?

Odpowiedzią są psy bojowe, używane prawdopodobnie odkąd człowiek obłaskawił wilka. Pierwsze historyczne wzmianki wspominają o użyciu psów z rodziny molossów przez Hammurabiego. Egipcjanie szkoli psy do atakowania formacji łuczniczych i tarczowników, co miało wiele sensu, bo były mniejsze i dużo szybsze niż ludzie, w związku z czym tarcza nie stanowiła dla nich większej przeszkody. Rzymianie (tak przeze mnie eksploatowani w tym artykule) szkolili całe formacje takich psów w podobnym celu, a także do pilnowania obozów i tropienia. W średniowieczu szkolono psy także do atakowania pęcin i podbrzuszy koni bojowych dzielnego rycerstwa.

Z takiej mieszanki tatara i psa bojowego tworzy się całkiem ciekawa zwiadowcza jednostka lekkiej kawalerii, potrafiąca „wietrzyć” wroga, dopadać go i zwinnie zagryzać, siekąc równocześnie bułatami. Dodajmy do tego krótki łuk i mamy także świetnych harcowników nękających flanki i ekipy wypadowe przeciwnika. Nie wspominając już o szybkich rajdach na linie zaopatrzenia i sianie terroru wśród okolicznej ludności niczym lisowczycy. Jednostki na małych (stosunkowo) wierzchowcach będą również lepiej sobie radziły w terenie zalesionym.

Wargi w większości przypadków to po prostu większe wilki, obdarzone jednak znaczną inteligencją. Czyli mamy tu bardziej klasyczne rzymskie psy bojowe, tyle że większe i bardziej pomysłowe. Jeźdźcy często są im zbędni.

 

 

Jak widać po powyższych przykładach, każda z opisanych jednostek jest po prostu fantastyczną poprawioną wersją jednostek znanych z historii wojskowości. Nie wymagają one szczególnego podejścia taktycznego, mogą wciąż walczyć w formacjach „klasycznych” i przy zastosowaniu klasycznych strategii. Na tym na razie zakończę przegląd jednostek mało kontrowersyjnych i zajmiemy się teraz drugą, ważniejszą częścią tego artykułu – istotami i „technologiami”, które zakłócają  balans średniowiecznego pola bitwy.

 

Jednostki opisane poniżej to tak zwane (przeze mnie) jednostki kontrowersyjne, czyli takie, których istnienie w naszym średniowieczu zmieniłoby cała historię wojskowości. Głównie będą to jednostki latające i „masowego rażenia”. Spróbujemy się zastanowić, jak zatrzymać takie jednostki w grze dla smaczku, ale żeby wciąż nie zmieniały balansu sił.

 

Kawaleria pegazów (Kryształy Czasu, Warhammer)

Ciężkozbrojni bretońscy jeźdźcy uzbrojeni w lance i miecze, którzy szarżę zaczynają w powietrzu i lądują tuż przed liniami wroga, a jeszcze lepiej za nimi, po czym atakują od tyłu czy też z flanki. Pomysł strategicznie świetny! Który dowódca nie chciałby mieć ciężkozbrojnych, a równocześnie błyskawicznie przemieszczających się jednostek, potrafiących wymanewrować i oflankować przeciwnika w prawie każdych okolicznościach?

Sam fakt posiadania „przewagi powietrznej” dużo zmienia, już choćby w dziedzinie zwiadu i rozpoznania terenu. Do tego zresztą służyły pierwsze samoloty wykorzystywane militarnie, a wcześniej, np. w wojnie secesyjnej, używano także balonów.

Mając dobre rozpoznanie terenu i tras przemarszu wroga, można wygrać każdą bitwę jeszcze zanim się zacznie, choćby przez odcięcie przeciwnikowi linii zaopatrzenia. Jednostki latające utrudniają również prowadzenie obrony podczas oblężenia, choć raczej idealnym do tego kandydatem będzie smok pełniący funkcję bombowca – o smokach jednak dalej, bo to zupełnie inna historia.

Wracając do naszych rycerzy na pegazach, spójrzmy na ich uzbrojenie. Kanonicznie jest to po prostu rycerz ciężkozbrojny uzbrojony podobnie do swojego konnego odpowiednika, a więc w tarczę, lancę i miecz (oraz inne gadżety). Cały ten sprzęt jest skuteczny w czasie walki na ziemi, ale niewiele można zrobić w locie taką lancą czy mieczem. Broń dystansowa, taka jak łuk czy kusza, byłaby tu więc logicznym uzupełnieniem ekwipunku.

Oczywiście pegaz musi być dużo silniejszy od konia bojowego, by udźwignąć w powietrze siebie i jeszcze jeźdźca, ale nie będziemy się tu zajmować fizyką światów fantasy. Ważne, żeby wiedzieć, że taki rumak będzie również sprawiał się lepiej w boju niż zwykły koń (choć konie rycerskie nie były takie zwykłe).

Słabym punktem pegaza będzie jego stosunkowa kruchość i podatność na ataki strzeleckie oraz ograniczona liczba. Oczywiście znajdą się światy, gdzie pegaz jest powszechniejszy od konia, ale kanonicznie jest to rzadki stwór, bardzo cenny i trudny do zastąpienia. Oznacza to, że dowódcy będą niechętnie wystawiać tak cenne rumaki do walnej bitwy, a już ich właściciele – zwłaszcza ludzie – mogą ostro kręcić nosem na narażanie tak cennego inwentarza. Pamiętajmy, że w naszym średniowieczu standardem była armia wasalna, w której ludzie nie walczyli za kraj, ale raczej dla własnych interesów, za przywileje, łupy i nadania. Mogłoby być więc trudno namówić rycerza tak bogatego, że stać go na pegaza, by rzucał się do samobójczej szarży z garstką równie bogatych kolegów.

Wróćmy na chwilę do problemu podatności na ostrzał. Przeciętnie wyszkolony łucznik bojowy w sytuacji pola bitwy miał skonkretyzowane zadanie – strzelać na maksymalny zasięg tyle razy, ile się da, zanim wróg dopadnie jego linii. Strzelanie to polegało na wysyłaniu bezładnej chmury strzał przez cała jednostkę równocześnie i o żadnym celowaniu mowy być nie mogło, to tak jakby celować precyzyjnie z granatnika parabolicznego. Oczywiście nie znaczy to, że walijski łucznik nie potrafił celować, ale nie takie było jego główne zadani. Wystarczyło, że umiał naciągnąć longbowa (co nie było łatwym zadaniem) i wypuścić strzałę na komendę. A więc  celnośc klasycznego łucznictwa bojowego nie była priorytetowa  ale nadrabiali to masą strzał wystrzeliwaną jednocześnie. Jako jednostka oczywiście.

Poza tym, strzelanie w górę to zupełnie inna sprawa niż strzelanie po paraboli, zwłaszcza w sytuacji bojowej i do szybko poruszającego się celu. Po pierwsze, ciężka strzała bojowa, pnąc się w górę i walcząc z grawitacją, szybko straci swoją siłę przebicia, co pozwala na ostrzał tylko na krótki zasięg. Po drugie, istnieje ryzyko, że ta sama strzała spadnie na własne szyki, jeśli nie trafi w pegaza. A nawet jeśli trafi, to jest możliwość, że z nieba na twoje szeregi zwali się kilkusetkilogramowy wór kości i mięsa z wrzeszczącym rycerzem na górze. Jeśli wziąć pod uwagę niecelność takiego ostrzału, nagle okaże się, że trzeba by wysyłać całe chmury strzał, by zatrzymać jednego pegaza, z dużym ryzykiem friendly fire. Oczywiście są dowódcy, którym to nie przeszkadza, ale nie są oni zbyt lubiani wśród żołnierzy.

Tu potrzebne byłyby jakieś specjalne niewielkie ekipy „przeciwlotnicze”, czy to w postaci snajperów, czy też specjalnie zaprojektowanych machin strzeleckich (wyrzutnia sieci? Bolas? Katapulta z siekańcami?). I oczywiście, gdyby to zawiodło, bo rycerze na pegazach mogą przecież oblecieć całe pole bitwy poza zasięgiem łuczników i wyjść na przeciwnika od tyłu lub z boku, zasłaniając się jego własnymi jednostkami przed ostrzałem, trzeba też odpowiednio ustawić obwody i flanki. Inną możliwością jest użycie „myśliwców przechwytujących”, czyli innych jednostek latających (takich jak harpie czy jakieś wiwerny, gryfony), które mogłyby zapobiegać takim manewrom, kontrolując przestrzeń powietrzną. Zawsze też można użyć magii. Ale o magii nie będziemy tu pisać.

 

Jeźdźcy gryfonów/hipogryfów (Warhammer i inne)

Bardzo podobna grupa do jeźdźców pegazów, jednakże ich wierzchowce są dużo potężniejsze i bardziej niebezpieczne niż pegazy. Jest ich również zdecydowanie mniej ze względu na często podkreślaną agresywność i indywidualność tych stworzeń, co czyni je trudniejszymi w hodowli i przystosowaniu do celów militarnych. Poza tym wszelkie zasady dotyczące pegazów dotyczą też gryfonów oprócz kilku istotnych różnic.

W „Narni” widzieliśmy gryfy używane jako bombowce nurkujące: każdy taszczył w szponach spory głaz, który wypuszczał po locie nurkującym trochę tak jak „sztukas”. Nie miały jeźdźców, bo były na tyle inteligentne, by rozumieć rozkazy, i możliwość takiego wykorzystania stawia je w bardzo korzystnym świetle – mogą zastąpić niecelne katapulty, siejąc podobne zniszczenie. A to dopiero początek zabawy dla gryfa. Inaczej niż koniowaty pegaz, gryf jest drapieżnikiem i atakuje jak drapieżny ptak. Nie potrafi biegać po ziemi tak dobrze jak pegaz, ale za to może wylądować bezpośrednio na przeciwniku i rozszarpać go na strzępy, zanim zdąży powiedzieć „Dziób i szpony gryfa są bardzo ostre”. Taki atak z powietrza jest trudniejszy do obrony w ciasnych formacjach bitewnych. Dalszy tryb walki będzie przypominał już lwa pośród stada hien, przy czym zwykle hieny mają większe szanse z lwem niż ludzie z gryfonem. Z tego powodu chocby, że hiena jest przyzwyczajona do widoku lwa i zwykle to hieny atakują lwy, w dużej masie. Natomiast gryfon jest strasznym widokiem, zwłaszcza gdy na twoich oczach rozszarpuje ci kolegów i wymaga sporej odwagi żeby nawet sie bronic, nie mówiąc juz o rzucaniu sie na niego z włócznią czy mieczem. A wojska średniowieczne w większosci przypadków nie były znane ze swojego niezłomnego morale.

Gryf może też porwać człowieka (a nawet konia) w szpony, unieść w powietrze i rzucić na towarzyszy nieboraka. Z tym koniem nie przesadzam, gryfony kanonicznie znane są ze swego upodobania do koniny i porywania jej w celu spożycia w gnieździe.

Tak więc o ile od biedy można skombinować jednostkę składającą się z kilkunastu pegazów uderzającą w szyku bojowym, o tyle gryfony będą traktowane raczej jako samodzielne jednostki operacyjne, siejące zamęt i popłoch w szeregach wroga.

Mogą również służyć do przechwytywania jednostek latających przeciwnika, rozszarpując im skrzydła/brzuchy czy strącając jeźdźców.

Cóż ma robić jeździec takiego narzędzia destrukcji? Kanonicznie uzbrojony jest podobnie do jeźdźca pegaza, jednakże nie wydaje się to dobrym wyposażeniem. Przede wszystkim kawał mięsa zakuty w stal będzie zapewne utrudniał zwierzęciu wy jego funkcji, więc im mniejszy ciężar tym lepiej. Po drugie nie ma chyba sensu wymachiwać lancą, kiedy ma się pod sobą taką maszynę śmierci, trzeba zresztą mocno się trzymać. Dałbym takiemu chwatowi łuk lub inna broń dalekosiężną, by osłaniał swojego wierzchowca w czasie lotu, może jakieś oszczepy i inne pociski do rażenia przeciwników na ziemi. Ale po wylądowaniu pozostaje już chyba tylko modlić się do bogów i trzymać z całej siły. Może przy pasie jakiś miecz lub szabla dla kurażu. Dobrym pomysłem byłaby też jakaś buława czy młot na długim trzonku, do bicia po głowach przy niskim przelocie.

 

Smoczy jeźdźcy/Smoki (Dragonlance, właściwie całe D&D, Kryształy Czasu, Tolkien– Nazgule)

Smoki to chyba największa kontrowersja (razem z magami bojowymi) wobec klasycznego podejścia militarnego. W skrócie mówiąc, smok spełnia funkcję słonia bojowego, opisanego wcześniej, tylko że poprawionymi o  możliwości gryfona, z dodatkową opcją helikoptera bojowego i nalotów dywanowych. Jeździec na grzbiecie smoka już wielkiej różnicy nie czyni, choć często przedstawia się go z kanoniczną smoczą lancą. Taka lanca ma sens tylko jeśli założymy, że nasz zestaw smok-jeździec będzie walczył w powietrzu z innym smokiem. Bo choć smoki są świetnie uzbrojone, może zając im sporo czasu pokaleczenie szponami i kłami przeciwnika na tyle, by go wyeliminować z walki. W takiej powietrznej bójce zresztą mógłby ucierpieć jeździec. Dobrze wymierzona lanca na rozpędzonym smoku, oczywiście wykonana z materiału odpowiedniej twardości, może przebić przeciwnika na wylot, kończąc jego żywot praktycznie natychmiast, nawet innego smoka. I jest szansa ze nie dojdzie do jakże zgubnego dla jeźdźca zwarcia. Poza tym lanca na grzbiecie smoka doskonale funkcjonuje jako środek odstraszający dla ataków od góry, bo zawsze jest szansa nadziania się na jerzego i jego ostry patyk. Albo nawet kilku, uzbrojonych w ciężkie łuki, do chronienia swojego wierzchowca w czasie lotu.

Smoki zwykle są inteligentne i mogą wykonywać polecenia dowódców samodzielnie (jeśli tak im się podoba), co (poza wymienioną wcześniej ochroną w czasie lotu) mogłoby by taktycznie lepsze, bo smok nie musi przejmować się jeźdźcem ani dodatkowym ciężarem.

Smoki, jak i gryfony, również mogą „bombardować” przeciwnika głazami, pniami drzew i innymi ciężkimi przedmiotami, jednakże wszystko co powiedzieliśmy wcześniej o gryfonach i słoniach to pikuś w porównaniu ze smoczą zdolnością zionięcia ogniem. Pewnie jest to jasne, ale na wszelki wypadek przybliżę.

Sposób w jaki walczyły ze sobą armie w średniowieczu jest dosyć prosty. Szli kupą, w mniej lub bardziej luźnym szyku, w zależności od dyscypliny i wyszkolenia, aż spotkali podobną bandę/oddział przeciwnika, próbując równocześnie ją wymanewrować i uderzyć np. z boku, rozbijając jego formację. Pojedynczy wojownicy albo uciekali albo byli błyskawicznie eliminowani sama przewagą liczebną. Tak więc trzymanie się w kupie było podstawą sukcesu militarnego na poziomie taktycznym.

I teraz smoki, podobnie jak różnego rodzaju machiny wojenne, zupełnie zmieniają oblicze pola bitwy. Potrafią mianowicie relatywnie bezpiecznie podejść do przeciwnika w locie, chronione swoją pancerną łuską i wypluć chmurę ognia/kwasu/mrozu na ciasno upakowanych ludzików na dole. Potrafiła by to zrobić również byle katapulta, ale z katapultami jest taki problem, ze po pierwsze – ciężko je podtoczyć na pole bitwy, po drugie nie są jakieś szczególnie celne. Smok zaś po pierwsze jest bardzo mobilny, po drugie praży gdzie chce, choć jego broń dystansowa jest ograniczona w zasięgu, może ją przenieśc w dowolne miejsce w krótkim czasie. Nie mówiąc juz o tym, ze smoki zwykle wzbudzają ogromny strach w przeciwnikach, dużo większy niz np. taki słoń.

Oczywiscie smok, jak już wyląduje na dobrze podpieczonej wczesniej przekąsce i zmiażdży ją swoją masą, nie jest przyjemnym elementem pola bitwy dla tych, co przeżyli. Wciąż może zionąc ogniem, ma do dyspozycji mocarny ogon, którym może powalac całe szeregi przeciwnika w jednym zamachu, szpony i paszczę, która wprawiłaby tyranozaura w kompleksy. Dodajmy do tego pancerną łuskę, często nie do przebicia dla zwykłych broni ręcznych, i oto mamy średniowieczny czołg uzbrojony w miotacz ognia i bardzo złe podejście do otoczenia.

I cięzko znaleźc remedium na taką bestię.Przede wszystkim szyk bojowy musiałby zostac zmieniony, aby zmniejszyc straty podczas smoczych nalotów. Otwarte pola bitwy stałyby się niepożadane, walczyłoby się raczej pod osłoną drzew, co znowu wymusza zupelnie inne uzbrojenie i szyki bojowe. Oczywiście można używac specjalistycznych narzedzi, jak katapult wyrzucających sieci, lub kusz wałowych przeciwlotniczych – ale ich skutecznośc nie będzie jakaś wielka, biorąc pod uwagę ich wagę i brak mobilności, niewielką celnośc i długi czas przeładowywania. Elfi snajper też się moze przydac – choc znowu, celne strzelanie do poruszającego sie szybko celu, mierząc w górę,  może byc trudne.

Na powyższych elementach bojowe zalety smoka sie nie kończą. W wielu światach smoki posługują się magią, częstokroc lepiej niz np ludzcy magowie. O magii jednak, jak juz wspomniałem, tu nie bedzie.

 

Tancerze wojny i inne jednostki specjalne (Warhammer)

Tego typu twardzieli znajdziemy głównie jako elitarne wojska w systemach bitewnych, ale czesto pojawiają się tez w fantastycznych światach RPG. Ciężko stworzyc dla nich jakieś średniowieczne zastosowania taktyczne, bo są całkowicie wyssani z palca, odnosząc sukcesy wyłącznie dzięki wykorzystywaniu słabych punktów mechaniki gry. Kto był świadkiem, lub słyszał historię tancerza wojny Zarwana i regimentu biednych 50 pancernych krasnoludów naprzeciwko (wspomniane w Intergalaktycznej Radiostacji Alfabetycznym Przewodniku Po RPG) i  jak ona sie skończyła dla biednych krasnali, ten wie. Tancerz wojny bardziej sie nadaje na bohatera gry FPS w wersji fantasy, niż na jakiegoś realnego oponenta w bitwie. Ale takie pojedyncze osobniki się zdarzają, a czasem nawet całe jednostki.

Trudno tu mówic o zastosowaniu taktycznym takich Chyżwarów, ale na pewno moża ich upchnac wszedzie, do zatrzymywania całych armii w pojedynkę, zdradliwych ataków w stylu Delta Force na linie zaopatrzenia, po wyzywanie do pojedynków czempionów wrażych armii. Tendencja realistyczna byłaby taka, że skoro jeden elf z dwoma mieczami może zatrzymac regiment krasnoludów, to trzeba takich wyszkolic jak najwiecej i wystawiac do bitew maleńkie zespoły takich wojowników, nie tracac życia uczciwych elfich obywateli. To samo można powiedziec o zabójcach trolli, wiedźminach i innych charakternikach. Tacy potęzni wojownicy równie dobrze nadają sie do wykańczania potworów w armii przeciwnika.

 

Olbrzymy/Trolle/Ogry (Tolkien, Warhammer) – kolejna grupa stworów częstych w armiach fantasy, zmieniajaca oblicze pola bitwy. Właściwie robią to co słonie w większym lub mniejszym stopniu, jednakże są dużo sprytniejsze, czesto zbyt gruboskórne lub głupie by panikowac przed byle płonąca świnią i wyposażone w chwytne kończyny. Potrafią się również bronic przed atakami wręcz. Włożymy w takie kończyny maczugę lub inną pałę wielkości młodej sosny i mamy bardzo dobrą „kosiarke do szeregów” przeciwnika. Pamiętacie rozpoczynającą sekwencję „Drużyny Pierścenia”? I Saurona rozrzucajacego wojowników Ostatniego Przymierza jak dzieciak zabawki? To własnie zrobi troll, gigant czy ogr biednym ludzikom, na różnym poziomie oczywiscie, w zależnosci od rozmiaru bestii. Mogą też rzucac w przeciwnika elementami otoczenia, jak głazy, rycerze, może nawet konie, podtaczac machiny oblężnicze i artylerię. Do zwalczania takich potworów potrzebne są specjalistyczne wojska, jak załogi balist snajperskich, tancerze wojny czy zabójcy trolli.

 

 Magia

Zupełnie osobnym aspektem pola bojowego będzie magia. Znana praktycznie w każdym świecie fantasy i używana bardzo często jako „wunderwaffe” i broń ostateczna. Jednakże magią bojową postanowiłem się nie zajmowac w tym artykule, ze względu na ogrom problemu. W skrócie powiedziec tylko należy, że magia zmienia całkowicie obraz pola bitwy, gdyż użyte moce zniszczenia są często prównywalne do  (jeśli nie przewyższają) obecnej technologii wojskowej. Właściwie nie ma dla nich granic, zaczynając od subtelnych zmian, jak dobra pogoda w dzień bitwy, albo właśnie rozmokły grunt przeszkadzający konnicy, poprzez klasyczne ogniste kule miotane w rój przeciwnika, aż do kataklizmów magicznych, porównywalnych do wybuchu bomby atomowej.

 

Powyższe jednostki oczywiście nie wyczerpują tematu, znajdzie się mnóstwo dodatkowych rodzajów wojsk w każdym jednym świecie fantasy, ale mam wrażenie że powyższa próbka da dobry obraz problemu. Czy zresztą jest to problem, to juz należy pozostawic własnemu osądowi. Byc może niektórzy Mistrzowie Gry dostrzegą w tym arykule jakąś inspirację do prowadzenia scenariuszy skoncentrowanych wokół fantastycznych operacji zbrojnych, byc może gracze, wcielając się w postacie dzielnych generałów, dostrzegą nowe zastosowania militarne bestiariuszy fantastycznych.

 

ilustracja z http://wide-wallpapers.net/fantasy-war-scene-2-wide-wallpaper/